Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mini recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mini recenzja. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 27 sierpnia 2018

niedziela, 13 maja 2018

I LOVE NIVEA - CZYLI KOLEJNE PEREŁKI W MOJEJ KOLEKCJI


Kolejne dwa produkty dołączyły do mej domowej rodziny NIVEA. Zacznę od lekkich musów do pielęgnacji ciała – ja akurat mam dwie wersje zapachowe: dzika malina i biała herbata oraz świeży ogórek i herbata matcha.



Co to za cudo? Generalnie kolejny produkt do nawilżenia suchej skóry. Czyli coś co moje przesuszone ciało lubi najbardziej ;)

Trochę sceptycznie podeszłam do formy „pianki” i ten sceptycyzm się utrzymał. Tak jak wprost uwielbiam mus do mycia ciała NIVEA, tak nie do końca podchodzi mi taka forma – jeśli chodzi o „balsam”..
Ale jest to sprawa indywidualna, bo jak widzę – wiele dziewczyn się zachwyca. Także nie do końca musicie się tym sugerować.




Co trzeba oddać tym musom? Zdecydowanie stopień nawilżenia. I choć wiele, naprawdę wiele produktów dobrze nawilża skórę to tutaj ten efekt na skórze jest wyjątkowy. Mus wchłania się całkowicie, nie zostawia praktycznie żadnej powłoki, a mimo to skóra wydaje się taka...odżywiona. Mimo, że nie błyszczy się jak po użyciu tłustego balsamu - to tak, jakby ten produkt wnikał głębiej w skórę. Bardzo przyjemne uczucie.

No i coś od czego jestem uzależniona. Ładny, delikatny i orzeźwiający zapach. Choć jestem fanką klasycznego „niveowego” zapachu – to latem (a także jak się okazuje gorącą wiosną) lubię jak skóra pachnie świeżo i soczyście :) Te zapachy nie są jakoś bardzo intensywne – co jest dobrą wiadomością dla wszystkich, którzy są wrażliwi na przesadne perfumowanie kosmetyków.


Myślę, że warto żebyście choć dla próby kupiły jeden z musów – bo to naprawdę „coś innego” :)





Czas na drugi produkt. Seria NIVEA Sun, Protect&Bronze - czyli balsam aktywujący opaleniznę z filtrem UV30. Co by nie mówić o szkodliwości opalania, każdy choć trochę muśnięty słońcem wygląda jakoś tak ...zdrowo. Przeraźliwa bladość kojarzy mi się z chorobami i nic za to nie mogę. Pod koniec zimy jest najgorzej – strach w lustro spoglądać ;)




W tym roku pogoda była dla nas życzliwa. Mamy wiosnę, która praktycznie jest cieplejsza niż niejeden letni miesiąc. Pełne słońce, wysoka temperatura. Zatem dużo wcześniej mogliśmy pożegnać pozimową bledziznę ;) 

Fajnie, choć z drugiej strony łatwo narobić sobie kłopotu. Bo pewnie podobnie jak ja, w  balsamy z filtrem zaopatrujecie się gdzieś koło czerwca... łatwo więc o poparzenia (nadal  brzmi to dla mnie abstrakcyjnie - poparzenia w kwietniu?) Tym razem jednak - w myśl zasady, że "przezorny zawsze ubezpieczony" przed pierwszym spacerem z odsłoniętymi nogami zaaplikowałam sobie wspomniany balsam.

Czynność tę powtarzałam przed każdą ekspozycją na słońce. Jakie wnioski? Przede wszystkim - w przeciwieństwie do innych preparatów "brązujących" balsam z NIVEA nie trąci spalenizną - tym charakterystycznym, drażniącym zapachem.. Wręcz przeciwnie. Pachnie ładnie i delikatnie. Duży plus. 




Co najważniejsze - uniknęłam tej paskudnej "czerwieni" na skórze - po pierwszym opalaniu. Z każdym dniem skóra robiła się delikatnie brązowa. Oczywiście nie jak po opalaniu natryskowym czy coś w tym stylu. Spokojnie. To raczej taki właśnie zdrowy delikatny brązik. 



Ach, no i zapomniałabym o najważniejszym! Uwaga! Siary nie będzie, bo balsam absolutnie nie brudzi ubrań.. Co za ulga!

Bardzo fajna sprawa..  Butelka już mi się prawie kończy, ale z pewnością kupię kolejną.. 


wtorek, 17 kwietnia 2018

MINI RECENZJA - PERFECT HOUSE - KOSMETYKI DO WNĘTRZ



Jakiś czas temu miałam szczęście wygrać w konkursie organizowanym przez @m.a.r.y.l.u.u_lifestyle i @perfecthouse_kosmetyki gdzie nagrodą był zestaw miniatur kosmetyków do utrzymania czystości w domu 😍😍😍😍 


piątek, 28 kwietnia 2017

GADŻETY (SUPER) KOBIETY CZYLI MOJA PRZYGODA Z PHILIPS LUMEA PRESTIGE



Jakiś czas temu podjęłam wyzwanie zaprzyjaźnienia się z depilatorem elektrycznym. O czym zresztą uzewnętrzniałam się TU  Od tego czasu minęło 10 miesięcy i muszę się przyznać, że nie zmieniło się kompletnie nic :P 

poniedziałek, 29 sierpnia 2016

MINI RECENZJA - CHUSTECZKI OCZYSZCZAJĄCE NIVEA CREAM CARE





Z reguły mam tak, że jak polubię jakiś produkt, to ciężko mi się przerzucić..
A właściwie….chyba z oszczędności (sama siebie zadziwiam, że mam skłonności oszczędnościowe haha) wzbraniam się przed kupnem „nieznanego” w obawie, że będzie to bubel, który rzucę w kąt. I nie żeby były to obawy z palca wyssane – mam wiele takich historii za sobą.. Szczególnie jeśli chodzi o produkty do włosów. W tej kwestii ciągle szukam i ciągle się mylę ;)

środa, 24 sierpnia 2016

GADŻETY (SUPER) KOBIETY - STEAMASTER


Nie wiem czy pamiętacie, ale wraz z początkiem czerwca dotarła do mnie cudowna wiadomość! Otóż wygrałam konkurs u MammyDoriska :) Nagrodą był.... STEAMASTER! :)


Generalnie nie mam kompletnie szczęścia do losowań więc od razu spieszę wyjaśnić, iż wygraną zapewnił mi komentarz. Bardzo osobisty, pisany „na kolanie” podczas wietrzenia się na balkonie. Totalny spontan, nie przemyślany, nie układany w głowie. Koniec końców zakończony uronioną łezką.. Niby prosty temat - „Jak wyglądałby mój idealny Dzień Matki”, ale jak to już bywa, często sprawy o których nie myślimy na co dzień – poruszone – wywołują grad emocji.


No nic. Pozwolę sobie zacytować. Trochę „ku pamięci”...





To tyle tytułem „genezy” ;)


Po miesiącu użytkowania mogę już conieco na temat tego sprzętu napisać :D
Otóż, zacząć należy od tego, że prasować nie lubię BARDZO, żeby nie napisać, że nie cierpię ;) Zabawne, że to akurat ja wygrałam tego „umilacza” znienawidzonej czynności.. Od razu wzięłam się do rzeczy i wypróbowałam na wszelkie modele ;)


Dla kogo jest SteaMASTER?


Po pierwsze - dla elegantki/a ;)
Prasowanie parą bardzo ułatwia usuwanie zagnieceń z wszelkiego rodzaju KOSZUL. Nie wiem jak Wy, ale ja serio wielokrotnie spotkałam się ze stwierdzeniem „lubię prasować, byle nie koszule!” ;) Tu sprawa jest prosta, wieszasz na wieszaczek i hejaaa – góra , dół, góra dół :D Gotowe!


Po drugie – dla młodej (stażem) mamy :)
Mój syn już swoje lata ma, ale pamiętam prasowanie tych malutkich, maciupkich ubranek. Owszem, początkowo robiłam to wprost z euforią (szczególnie w oczekiwaniu na Jego przyjście na świat).. Ale kiedy obowiązków się namnożyło... to całe to prasowanie wywoływało u mnie totalną niechęć. Znowu STEMASTER wiele w tej materii ułatwia. Mini kaftanik przypinamy klipsikami, dwa ruchy parą! Ot, cała filozofia! ;)


Po trzecie – dla romantycznej ;)
Nie wiem jak Wy, ale ja, choć UWIELBIAM wszelkiego rodzaju falbanki, pliski i inne słodkie ciuszki, tak prasowanie tego to niezła udręka.. Nie wspomnę już o tym, że zdarzyło mi się (i to nie raz!), że delikatna tkanina nie udźwignęła temperatury żelazka i po fiu fiu zwiewnej kiecce zostawało tylko ciepłe (i dziurawe) wspomnienie.. Wierzcie lub nie – z parą – wszystko idzie łatwiej..


Po czwarte – dla praktycznej.
Napiszę krótko. Znacznie wygodniej powiesić zasłonę i ją „wyparować”, niż plątać się z nią na desce do prasowania. Howk! ;)






Do czego STEAMASTER się nie nadaje? Ano nie sprawdziło się u mnie prasowanie na bieżąco zwykłej bawełnianej koszulki (typu t-shirt). Owszem, zagniecenia znikają, ale jeśli chcemy ubrać zaraz po prasowaniu taką troszkę grubszą bawełnę – to spotkamy się z lekko nieprzyjemną wilgocią. Dla mnie zdecydowanie na nie! Szkoda, bo uważam, że to właśnie najfajniejsza cecha STEAMASTERa.. Jeśli mamy gdzie go postawić (bez ciągłego składania i rozkładania) to fajnie na bieżąco, przelecieć parą ubranie, które za chwilę chcemy na siebie narzucić. Bez rozkładania deski, układania na niej tak, by nie było „załamań” etc.. Wieszamy na klipsik bądź wieszak i raz dwa – sprawa załatwiona.




Nie wiem czy to tekst pochwalny, sami oceńcie. Starałam się podejść jak najbardziej obiektywnie. Generalnie jestem zdania, że gadżetów ułatwiających prace domowe – nigdy za wiele. Tym bardziej w domu, gdzie bycie Panią Domu to jedno z wielu zajęć, które na głowie ma owa Pani ;)





















wtorek, 9 sierpnia 2016

GADŻETY (SUPER) KOBIETY - DEPILATOR PHILIPS SATINELLE ADVANCED

Pamiętam jak dziś, jakieś 15 lat temu w ręce wpadł mi depilator koleżanki… Nie pamiętam jak wyglądał, nie pamiętam jakiej był marki… Jedyne co pamiętam - to fakt, że bolało niemiłosiernie :)


Tym oto sposobem, niczym najlepszy rycerz operowałam ostrzem zwykłej golarki. Przez tyle lat. Czynność żmudna, irytująca – przykry obowiązek. Tak określiłabym wysiłek pozbywania się zbędnego owłosienia.


Z wiekiem każda kobieta dojrzewa do pewnych decyzji, chce zmian, rozgląda się za ułatwieniem sobie życia, a dokładniej ułatwieniem sobie drogi do uzyskania efektu urodowego zadowolenia. Także i ja rozpoczęłam swoje poszukiwania…


Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki – firma Philips zaprosiła mnie do przetestowania depilatora Satinelle Advanced (model BRE610/00)
By zostać Ambasadorem Innowacji – miałam tylko jedno zadanie. Podzielić się opinią. Szczerą, nie narzuconą z góry.


Podjęłam się zadania, a o efektach przeczytacie poniżej.


Philips zdecydowanie ma bardzo szeroką gamę golarek, depilatorów i trymerów. Byłam naprawdę zaskoczona ILE końcówek, nasadek i opcji może mieć depilator! Jednak model, który trafił w moje ręce - Satinelle Advanced - nazwałabym basic`owym.
Myślę, że to idealna opcja dla osób takich jak ja – czyli dopiero rozpoczynających przygodę z depilatorem.
Zdecydowanym plusem i pierwszą cechą, która rzuciła mi się w oczy (jeszcze przed pierwszym użyciem) – jest jego ergonomiczność i poręczność. Jest mały, zgrabny (osobiście mam naprawdę małe dłonie), a zarazem lekki i tak wyprofilowany, że nie wysuwa się z rąk podczas depilowania. Naprawdę nie widzę, problemu, żeby zabrać go na wakacje, bo ani nie zajmie dużo miejsca w torbie, ani też nie sprawi, że będzie ona dużo cięższa..


Nie będę ukrywać, że zbierałam się do pierwszego użycia kilka dni. I proszę mi tu nie sugerować, że cykor jestem i mięczak ;) O nie! Każdy ma inny próg bólu. Poza tym, każdy na inny ból jest indywidualnie wrażliwy. Miałam sporo nieprzyjemnych i bolesnych zabiegów w życiu, które przeszłam bez zająknięcia… A niezmiennie podskakuję na fotelu przy depilacji brwi :D Taki typ. Nic nie poradzę.


Ale zrobiłam to! Nie było przyjemnie, ALE bardzo dużym plusem jest to, że mogłam Satinelle Advanced użyć pod prysznicem. Rozgrzana (rozluźniona skóra), nawilżone „włoski” sprawiły, że cała czynność golenia nóg była do zniesienia. Mogłam to zrobić w ten sposób, gdyż depilator działa jak ….elektryczna szczoteczka do zębów. Ładujesz – używasz, gdzie tylko dusza zapragnie. A po rozładowaniu – ładujesz ponownie! Brak kabla daje tą możliwość kontaktu sprzętu z wodą :) Bajka.


Jak już wiecie – jestem tym typem „nowicjusza”. Jak przy każdej opinii/recenzji – wszystko co pisze, jest bardzo subiektywne. Ale jeśli jesteście też na starcie – powiem Wam tak.


Po kilku użyciach – golenie nóg przychodzi mi łatwo. FAKTYCZNIE, jak pisało mi wiele dziewczyn – z każdą depilacją boli mniej.


Depilacja okolic bikini i pod pachami – to wyższa szkoła jazdy. Jak dla mnie ból jest mało znośny. Ale nie poddaję się – troszkę (tyle ile udaje mi się wytrzymać) używam depilatora, a reszta jeszcze zwykłą golarką.


Po co się „,maltretuję”? Ano patrząc na nogi… Fakt, że odrastające włoski są słabsze, w ogóle jest ich MNIEJ – to bardzo kusząca perspektywa. Jak na razie nie planuję się poddawać :)


Czy jest coś do czego mogę się przyczepić? Owszem! Depilator jest troszkę ZA GŁOŚNY… Mam wrażenie, że głośniejszy od golarki Męża ;) No wiecie … żeby nie było jakichś skojarzeń (jeśli mieszkacie np. w akademiku) „co za sprzętu używa ta kobieta w łazience” ;))) No ale to tak tytułem żartu :P


Tak czy owak. Jeśli macie w planach rewolucję czy zelektryzowanie „golenia” to Satinelle Advanced jest idealnym rozwiązaniem dla początkujących..







poniedziałek, 6 czerwca 2016

ST.TROPEZ BRONZING MOUSSE - toż to cudo! RECENZJA!


Kurcze, kurcze…ostatnio jest tyle rzeczy, o których chciałabym napisać. Siedzę i układam w myślach tony zdań...a zwyczajnie nie mam czasu/okazji by usiąść i wklepać je na klawiaturę..

Wspomagam się instagramem – bo tam szybko i na temat. Ale z drugiej strony to męczarnia! Ja – uwielbiająca dłuuuugie, rozwlekłe rozmowy – muszę się ograniczyć do kilku zdań. Toć to tortura!

środa, 1 czerwca 2016

Stovit - Naturalnie Owocowe - musicie tego skosztować!


Ostatnio pusto i głucho na moim blogu, wiem wiem i biję się w pierś :)

Nieustannie biorę udział w jakichś akcjach rekomendacyjnych, próbuję i testuję.. Trwa to już dosyć długo i raz się zachwycam, raz szału nie ma..

środa, 17 lutego 2016

RECENZJA: LA PRAIRIE - KAWIOROWY PODKŁAD W KREMIE





Jak już pewnie wiecie nie należę do największych fanek recenzji kosmetycznych... Żaden ze mnie autorytet w tej kwestii.. Ale czasem są takie produkty, o których naprawdę warto napisać. Dziś podzielę się z Wami opinią o:

niedziela, 13 grudnia 2015

ZBLOGOWANI - RECENZJA - TERRAVITA - CZEKOLADY Z 70 % KAKAO



To nie żadna tajemnica, ani nowość, że często biorę udział w kampaniach testowania produktów.  Żeby nie było wątpliwości – robię to bezinteresownie i bezpłatnie. Jedyne do czego jestem zobligowana – to sporządzanie raportów – czyli zwyczajnie cytowanie opinii osób, które zostały przeze mnie obdarowane produktami do testowania..


Już kilka kampanii za mną i jedno co sprawia, że ciągle pozytywnie podchodzę do takich akcji, to fakt, że żadna z Agencji Marketingu, w swoich przewodnikach Ambasadora, NIE SUGERUJE, aby produkt oceniać TYLKO pozytywnie. Co więcej, mimo, że zdarzyło mi się napisać opinię negatywną – nie zaowocowało to tym, że już żadnej kampanii mi nie przyznano!








Co ciekawsze produkty – chętnie Wam opiszę…

I tak oto dziś szepnę kilka słów o Kampanii Terrravita :)

Przyszło mi testować czekolady z 70% zawartością kakao w następujących wariacjach:
- czekolada gorzka (bez dodatków)
- czekolada crunchy z owocami
- czekolada nadziewana cytrynowa
- czekolada nadziewana pomarańczowa
- czekolada nadziewana miętowa
- czekolada nadziewana wiśniowa



Ażeby się ustosunkować do mojej subiektywnej oceny najpierw określę swój typ „czekoladożercy”…  Słodyczami się nie zajadam! Jeśli jeść ciasta – to te z możliwie najmniejszą ilością kremu czy śmietany.. Co nie zmienia faktu, że codziennie muszę coś słodkiego zjeść. Może to być jedno rafaello, dwie kostki czekolady, mały batonik czy jakieś cukierki ;)  Nie dużo – ale być musi :) Szczególnie          w towarzystwie kawy ;) Taki duet doskonały :D

Nie pamiętam kiedy ostatnio kupiłam czekoladę gorzką. Wybaczcie, ale zawsze od dzieciństwa kojarzyła mi się z „lekiem” na biegunkę ;) Serio! Babcia zawsze kazała mi jeść gorzką czekoladę jak zdarzyły się rewolucje żołądkowe :)


Wracając do tych konkretnych Terravita`owych ;)  To muszę przyznać, że sam pomysł całkiem fajny.  Szczególnie tych czekolad gorzkich z nadzieniem! Niby gorzka, ale przełamana lekką słodyczą bądź kwaskowością nadzienia…. no! Albo smakiem miętowym (to dopiero odmiana!)
Zdecydowanie takiej czekolady można zjeść więcej ;) (choć nie wiem czy to akurat dobra wiadomość) ;)



Na plus przemawia także fakt, że czekolada ma te sztandarowe 70% (kakao) – czyli z cyklu wiem co jem –skład jednak ma znaczenie ;)

Są też minusy. Taki osobisty mój. Pierwsza czekolada, którą skosztowałam – to była ta z nadzieniem wiśniowym.. Nie ukrywam, że spodziewałam się innej formy nadzienia… Że będą to głównie wiśnie – być może zabrzmi to absurdalnie – ale tak właśnie było. Chciałam wiśni! :D A tu okazało się, że to po prostu masa o smaku wiśni.. Nie mogę powiedzieć, że nie była ona dobra, ale z pewnością oczekiwałam czegoś innego. Kolejne, które kosztowaliśmy – nie rozczarowały mnie – bo wiedziałam już czego się spodziewać :)
Miętową testował mój Żon … bo dla mnie mięta może występować tylko w postaci pasty do zębów. Nawet gumy do żucia omijam szerokim łukiem ;) Ale koleżanki, którym dałam pozostałe dwie „miętowe” do testowania – stwierdziły, że całkiem smaczne ;)  Czyli chyba da się zjeść ;)


Podsumowując – jeśli miałabym wybrać jedną – ulubioną – to zdecydowanie byłaby to ta wersja crunchy z owocami. Bez nadzienia, za to z lekką chrupkością..  Naprawdę przypadła mi do gustu :)

To chyba tyle.. smak to tak subiektywna sprawa, że koniecznie musicie sami sprawdzić, czy czekolady te można nazwać dobrymi czy nie :) 






zBLOGowani.pl

czwartek, 22 października 2015

MINI RECENZJA - KANEBO SENSAI - SPONGE CHIEF



Dawno nie było recenzji. Z tymi kosmetycznymi jest tak, że zawsze staram się, aby były one wyjątkowe. Mleczko czy płyn micelarny z Ziaji są super, ale kto ich nie zna? Kto nie ma już wyrobionego zdania?

piątek, 16 października 2015

E-ZAKUPY - TYM RAZEM ALIEXPRESS



Jako, że bardzo dużą popularnością cieszył się post o e-zakupach Tesco, postanowiłam przedstawić Wam kolejną platformę zakupową.. Zawsze gdy gdzieś o niej wspominam, zasypywana jestem wieloma pytaniami i w sumie … ciągle się powtarzam ;)