Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kosmetyki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kosmetyki. Pokaż wszystkie posty

sobota, 27 października 2018

ORGANIC LIFE NATURALNE KOSMETYKI - NON TOXIC, VEGAN I CRUELTY FREE




Wszyscy wszem i wobec wiedzą, że mam słabość do "nowości" w świecie kosmetyków. Nie objawia się to absolutnie tym, że znajdziecie u mnie najnowsze produkty wprowadzone aktualnie do Sephory. To raczej kwestia sięgania po kolejne produkty, mimo iż znalazłam swoich faworytów, praktycznie w każdej już kategorii. 
Dlatego też, fakt że zachwycam się jakimś płynem micelarnym nie oznacza, że nie sięgnę po inny ;) Cóż, każdy ma swojego bzika ;)

Tym razem na tapecie produkty marki ORGANIC LIFE

Skąd pomysł? Ano często kiedy dzielę się z Wami opinią na temat jakiegoś produktu - to dostaję później pytania, komentarze (najczęściej na instagramie) dotyczące składu danego kosmetyku. Są one mniej lub bardziej "miłe". Często pada: "czytałaś skład? Nigdy bym sobie tego nie dała na buzię" albo "sama chemia, może i działa, ale nie warto się truć"...
I z jednej strony, dopuszczam myśl, że być może to z troski o moje zdrowie ;) moją cerę i tym podobne. Ale już tak mam, że EKOterroryzmu nie toleruję. Dla mnie forma ma znaczenie i choć wstyd się przyznać, to kiedy ktoś w średnio miły sposób próbuje mi narzucić swój "światopogląd" to... budzi się we mnie zbuntowany nastolatek i staję okoniem :))))
Ale, żeby była jasność. Jestem bardzo ciekawa wszystkiego i jak najbardziej widzę słuszność używania kosmetyków z naturalnym składem. Jeśli do tego produkowane są przez firmę, która absolutnie wyklucza testowanie na zwierzętach to naprawdę warto się pochylić nad jej produktami.


Zatem się pochyliłam. Dlaczego akurat marka ORGANIC LIFE? Ano, bo jak się okazało moja była sąsiadka "siedzi w temacie". Ma to dla mnie duże znaczenie, bo małam pewność, że szczerze mi napisze co warto, nie będzie "wciskać", narzucać .. wiecie o co chodzi. Wszystkie produkty zawsze mają interesujące opisy, ale jeśli jest ktoś, kto DORADZI i pomoże coś wybrać - to już połowa sukcesu :)



Aby poznać "przekrój" i wyrobić sobie zdanie zamówiłam:

  • Serum nr 3 Nocna regeneracja.
  • Fitoregulator Żółtko roślinne.
  • Botaniczny balsam myjący do włosów.
  • Balsam myjący do ciała.





SERUM NR 3 - NOCNA REGULACJA


Nie bez powodu zaczynam od tego produktu. Mam suchą cerę. Ale NAPRAWDĘ suchą. Poprosiłam więc, aby Karolina poleciła mi coś na ratunek. Zależało mi, aby był to produkt do stosowania na noc, bo wiedziałam, że będzie to gwarantem systematyczności. Rano nie zawsze jest czas na pielęgnację. Na odczekanie z makijażem, aż krem się wchłonie. A wieczorne rytuały bardzo sobie chwalę. 
Z całej czwórki to mój zdecydowany ulubieniec. Moja skóra jest...tak, zregenerowana to dobre słowo. I nie chodzi o to, że nagle czuję super nawilżenie. Nawet bez tego odczucia, cera jest jakby jędrniejsza, rano nakładany podkład jakoś tak idealnie się wtapia. Zniknęło te nieprzyjemne uczucie ściągnięcia. I z tego miejsca muszę znowu docenić rolę "znajomej", która uprzedziła mnie, że często przy przejściu na naturalne kosmetyki - skóra się "oczyszcza" - przez co mogą pojawić się niedoskonałości. I dokładnie tak było! Gdybym nie została uprzedzona - z pewnością serum odłożyłabym w kąt. A tak... wytrzymałam. Nie powiem, było to irytujące, ale dzielnie przetrzymałam te kilka dni. 
Teraz jest już tylko dobrze. Wiem, że to serum, ale ma konsystencję kremu, bardzo przyjemny zapach i co najważniejsze - daje "namacalne" efekty działania. 

Szczerze i bez wahania mogę Wam ten produkt polecić. Jego skład - cóż - po prostu sama natura. Nie będę kopiować - wklejam tu linka bezpośrednio do serum, dowiecie się wszystkiego. Składu, ceny i zastosowania. 







FITOREGULATOR - ŻÓŁTKO ROŚLINNE




Cóż, ten produkt wywołał we mnie największą ciekawość. Że jak ŻÓŁTKO? I o co chodzi z tym fitoregulatorem? Najprościej rzecz nazywając - fitoregulator to delikatny krem, o którym można powiedzieć, że ma  właściwości maści. Głównie dlatego, że ma wysokie stężenie wyciągów botanicznych (do 55%), co z kolei gwarantuje skuteczność bez uczucia ciężkości na skórze. Fitoregulatory to niezwykle aktywne produkty, które po prostu mają właściwości lecznicze.

Ten dermokosmetyk ma naprawdę szerokie zastosowanie. Podrażnienia, egzemy, łuszczyca, trądzik, owrzodzenia - to te, które wymienia producent. Jak się okazuje, zastosowań jest dużo więcej, o czym dowiedziałam się z facebookowej grupy (o niej napiszę na końcu). Sama mam problem z wyskakującą co jakiś czas "suchą plamką" pod okiem - po dwukrotnym zastosowaniu tego żółcisza - zniknęła! Obecnie stosuję na rzęsy (podobno działa bardzo odżywczo) i jako krem pod oczy :)
Koniecznie przeczytajcie o składzie tego specyfiku:  Fitoregulator Żółtko roślinne 
Autentycznie wydawało się, że nic mnie nie zaskoczy już - ale przyznaję! Ten produkt wywołał u mnie pozytywne zdziwienie! 





Teraz pora na kolejne dwa produkty. Tym razem "butelkowe".  ;)


 


WANILIOWY BALSAM MYJĄCY DO CIAŁA



Cóż, jeśli chodzi o wszystkie produkty do mycia ciała to w zasadzie niewiele można napisać. A przynajmniej ja mam z tym problem. Bo z reguły myć myją, ładnie lub mniej ładnie pachną, wysuszają skórę, albo i nie. I tyle. 
W tym wypadku największą zaletą balsamu myjącego do ciała jest jego skład. Naturalny, chciałoby się napisać - od stóp do głów. Podobnie jak wszystkie dermokosmetyki Organic Life - żadnych parabenów, SLSów, silikonów, barwników, PEGów.. nic! 
Konsystencję ma faktycznie "balsamową", czyli troszkę rzadszą aniżeli standardowy żel pod prysznic. Zapach delikatny, po umyciu ciała - nie ma uczucia ściągnięcia. W zasadzie, trudno się do czegoś przyczepić. No może cena nie jest najniższa, jeżeli chodzi produkt do mycia. Ale z drugiej strony - myślę, że dla osób, którym nie jest wszystko jedno czy używają produktów naturalnych czy nie - nie jest ceną zaporową. 



BOTANICZNY BALSAM MYJĄCY DO WŁOSÓW NAWILŻAJĄCY Aqua Virtualle



Żeby nie było zbyt różowo, oczywiście nie wszystko musiało mi przypasować :( Super zapowiadający się botaniczny szampon niestety nie dał rady. I stwierdzam ze smutkiem, że nie jest to pierwszy szampon "bez chemii", jaki nie udźwignął moich włosów. Wysnułam taki wniosek, że wielokrotnie farbowane na blond włosy przerastają możliwości naturalnego szamponu. Oczywiście mam pełną świadomość, że sama jestem sobie winna. Sama torturuję te moje cienkie mysie ogonki farbowaniem i nie mogę oczekiwać, że samym myciem im pomogę. 
Samego szamponu bym nie skreślała. Mój syn, który włosy ma trzy razy gęstsze niż ja - a do tego NATURALNE - stosował ten szampon i muszę przyznać, że widziałam u niego efekty, jakie chciałabym widzieć u siebie ;) Włosy miękkie, nawilżone. I z tego co zauważyłam, nie przetłuszczają się mu tak szybko jak wcześniej (rozumiecie, to nastolatek ;) )    Więcej o szamponie tu: Botaniczny balsam myjący do włosów




Generalnie i tak statystycznie wyszło pięknie. Na cztery produkty, tylko jeden okazał się być nie trafiony. Reszta okazała się świetna i nie ukrywam, że zaszczepiła we mnie ciekawość co do innych produktów tej marki. Oczywiście duży wpływ na to, ma też członkostwo na facebookowej grupie Organic Life - Pomogło!? - gdzie zwykli użytkownicy wymieniają się poglądami dotyczącymi zastosowań produktów OL, a co najbardziej działa na wyobraźnię - wrzucają też zdjęcia "przed i po" zastosowaniu poszczególnych dermokosmetyków. Serdecznie Wam polecam dołączenie do tej grupy -  Organic Life - Pomogło !?

A jeśli chcielibyście kupić coś odpowiedniego dla siebie (bądź na prezent), preferujecie kontakt przez instagram - i potrzebujecie rady to piszcie śmiało do Karoliny -> Karolina
Ten wpis jest po prostu moją subiektywną oceną, nic z tego nie mam itd. Ale wiem, że sama Karolina może Was pokierować i doradzić co zrobić - by otrzymać rabat więc śmiało możecie do niej się zwrócić :) 
Wszystkie produkty znajdziecie tu: SKLEP ORGANIC LIFE


Tytułem podsumowania muszę przyznać, że uświadomiłam sobie, że tak naprawdę niewiele wiedziałam na temat kosmetyków naturalnych. Byłam zaskoczona kiedy zaczęłam zagłębiać się w składy poszczególnych dermokosmetyków. O istnieniu produktów takich jak fitoregulatory też nie miałam bladego pojęcia. 

Fajnie, że są POLSKIE, rodzinne firmy, które nigdy nie testowały na zwierzętach, nie stosują w swoich produktach środków degradujących środowisko (typu olej palmowy), a także ich kosmetyki są odpowiednie dla wegan i wegetarian.


Cóż więcej. Serdecznie Wam polecam. Ja z pewnością sięgnę po kolejne!









środa, 29 sierpnia 2018

Ratunek dla wrażliwej skóry - czyli moja przygoda z marką MIXA.




Kolejno odhaczam zaległe posty ✌️

W najbliższym czasie czeka mnie nie mała rewolucja - głównie w sferze zawodowej. Zmiany, które koniec końców mają wydźwięk pozytywny - ostatnimi czasy generują dużo stresów. Odbija się to na kondycji całego mojego organizmu.

poniedziałek, 27 sierpnia 2018

niedziela, 13 maja 2018

I LOVE NIVEA - CZYLI KOLEJNE PEREŁKI W MOJEJ KOLEKCJI


Kolejne dwa produkty dołączyły do mej domowej rodziny NIVEA. Zacznę od lekkich musów do pielęgnacji ciała – ja akurat mam dwie wersje zapachowe: dzika malina i biała herbata oraz świeży ogórek i herbata matcha.



Co to za cudo? Generalnie kolejny produkt do nawilżenia suchej skóry. Czyli coś co moje przesuszone ciało lubi najbardziej ;)

Trochę sceptycznie podeszłam do formy „pianki” i ten sceptycyzm się utrzymał. Tak jak wprost uwielbiam mus do mycia ciała NIVEA, tak nie do końca podchodzi mi taka forma – jeśli chodzi o „balsam”..
Ale jest to sprawa indywidualna, bo jak widzę – wiele dziewczyn się zachwyca. Także nie do końca musicie się tym sugerować.




Co trzeba oddać tym musom? Zdecydowanie stopień nawilżenia. I choć wiele, naprawdę wiele produktów dobrze nawilża skórę to tutaj ten efekt na skórze jest wyjątkowy. Mus wchłania się całkowicie, nie zostawia praktycznie żadnej powłoki, a mimo to skóra wydaje się taka...odżywiona. Mimo, że nie błyszczy się jak po użyciu tłustego balsamu - to tak, jakby ten produkt wnikał głębiej w skórę. Bardzo przyjemne uczucie.

No i coś od czego jestem uzależniona. Ładny, delikatny i orzeźwiający zapach. Choć jestem fanką klasycznego „niveowego” zapachu – to latem (a także jak się okazuje gorącą wiosną) lubię jak skóra pachnie świeżo i soczyście :) Te zapachy nie są jakoś bardzo intensywne – co jest dobrą wiadomością dla wszystkich, którzy są wrażliwi na przesadne perfumowanie kosmetyków.


Myślę, że warto żebyście choć dla próby kupiły jeden z musów – bo to naprawdę „coś innego” :)





Czas na drugi produkt. Seria NIVEA Sun, Protect&Bronze - czyli balsam aktywujący opaleniznę z filtrem UV30. Co by nie mówić o szkodliwości opalania, każdy choć trochę muśnięty słońcem wygląda jakoś tak ...zdrowo. Przeraźliwa bladość kojarzy mi się z chorobami i nic za to nie mogę. Pod koniec zimy jest najgorzej – strach w lustro spoglądać ;)




W tym roku pogoda była dla nas życzliwa. Mamy wiosnę, która praktycznie jest cieplejsza niż niejeden letni miesiąc. Pełne słońce, wysoka temperatura. Zatem dużo wcześniej mogliśmy pożegnać pozimową bledziznę ;) 

Fajnie, choć z drugiej strony łatwo narobić sobie kłopotu. Bo pewnie podobnie jak ja, w  balsamy z filtrem zaopatrujecie się gdzieś koło czerwca... łatwo więc o poparzenia (nadal  brzmi to dla mnie abstrakcyjnie - poparzenia w kwietniu?) Tym razem jednak - w myśl zasady, że "przezorny zawsze ubezpieczony" przed pierwszym spacerem z odsłoniętymi nogami zaaplikowałam sobie wspomniany balsam.

Czynność tę powtarzałam przed każdą ekspozycją na słońce. Jakie wnioski? Przede wszystkim - w przeciwieństwie do innych preparatów "brązujących" balsam z NIVEA nie trąci spalenizną - tym charakterystycznym, drażniącym zapachem.. Wręcz przeciwnie. Pachnie ładnie i delikatnie. Duży plus. 




Co najważniejsze - uniknęłam tej paskudnej "czerwieni" na skórze - po pierwszym opalaniu. Z każdym dniem skóra robiła się delikatnie brązowa. Oczywiście nie jak po opalaniu natryskowym czy coś w tym stylu. Spokojnie. To raczej taki właśnie zdrowy delikatny brązik. 



Ach, no i zapomniałabym o najważniejszym! Uwaga! Siary nie będzie, bo balsam absolutnie nie brudzi ubrań.. Co za ulga!

Bardzo fajna sprawa..  Butelka już mi się prawie kończy, ale z pewnością kupię kolejną.. 


piątek, 20 kwietnia 2018

MINI RECENZJA - KREM MYJĄCY - LOW SHAMPOO LOREAL ELSEVE




Dziś trochę o włosach. 💇

Od zawsze, w całym internecie mnóstwo dziewczyn z pięknymi włosami zasypywanych jest pytaniami o pielęgnację, o ten sekret zdrowych włosów. I one opisują, krok po kroku czym traktują swoje zwieńczenie głowy. 😉 Cała reszta skrupulatnie zapisuje, robi screeny i biegnie do drogerii by zaopatrzyć się te „magiczne” specyfiki. Bo przecież na własne oczy widzimy, że działają cuda! 😜

wtorek, 17 kwietnia 2018

MINI RECENZJA - PERFECT HOUSE - KOSMETYKI DO WNĘTRZ



Jakiś czas temu miałam szczęście wygrać w konkursie organizowanym przez @m.a.r.y.l.u.u_lifestyle i @perfecthouse_kosmetyki gdzie nagrodą był zestaw miniatur kosmetyków do utrzymania czystości w domu 😍😍😍😍 


poniedziałek, 1 stycznia 2018

I LOVE NIVEA - czyli mini recenzja w wersji hurtowej :)



Już tak mam, że "miłość" to danej marki zaczyna się niewinnie. Najczęściej przez przypadek. I tym razem dokładnie tak było. Na tyle na ile można powiedzieć, że ma się sympatię do marki - tak w tym przypadku - tak bym to określiła.

niedziela, 5 lutego 2017

HYBRYDOWA PRZYGODA Z (LOCH?) NEESS :)



Dokładnie pół roku temu podjęłam decyzję, że kapituluję, poddaję się, koniec, szlus! Kończę z myzianiem się odżywkami do paznokci. Miałam ich mnóstwo, tych tańszych i tych całkiem dobrych. Paznokcie jak były słabe. Tak są. Stwierdziłam, że „utwardzę” je hybrydą – może dłużej się będą trzymać, może nie będą się tak rozdwajać..
Najpierw chodziłam do stacjonarnego salonu, potem odezwała się do mnie „mobilna kosmetyczka”.

Nie czarujmy się. Hybryda nie utwardza paznokcia (o ja naiwna!) Dlatego też, metodą prób i błędów doszłyśmy do patentu, by pod warstwę hybrydową kłaść cieniutką warstwę żelu.. Pomysł okazał się trafiony i mogłam się cieszyć zadbanymi i dobrze zrobionymi paznokciami! Był jednak pewien szkopuł.. Nie uniknęłam wypadków, a przy słabych paznokciach – kończyły się one zawsze tak samo – odpryskiem, pęknięciem, rozwarstwieniem… I spoko – przecież to jeden paznokieć, na dziesięć. Ale….ale….ja musiałam z takim uszczerbkiem chodzić np przez kolejne dwa tygodnie – do następnej wyznaczonej daty! (bo jak się ma dobrą kosmetyczkę, to jest oblegana :)

Z tego też powodu w głowie mojej zrodził się pomysł, by rozważyć zakup zestawu do samodzielnego odpimpowywania paznokci :D

Niestety, oj niestety – standardowo, kiedy mam w planach zakup czegoś konkretnego ….zaczynam błądzić niczym kiepski kierowca we mgle :P Pytałam Was (pisząc Was mam na myśli głównie instakoleżanki ;)), przeglądałam milion stron, oglądałam nawet filmiki na YT (a oglądanie recenzji TAK mnie męczy :D) Jak już coś tam w głowie świtało – wchodziłam „na sklep”… i cena mnie waliła obuchem w łeb! I tak trwało to trochę, trwało ….




Czasami się śmieję, że ja chyba mam dziwny dar przyciągania (że niby czarownica ze mnie? :P), bo jakby na moje życzenie odezwała się do mnie marka NEESS :D Nie czarujmy się. Nie miałam bladego pojęcia, co to za firma, ani razu podczas moich poszukiwań nie natknęłam się na te produkty. Trochę przyszło mi poczekać...ale w końcu otrzymałam swój zestaw startowy! <3




Z łezką w oku i szczerym żalem – rozstałam się ze swoją hybrydzistką i wzięłam się do roboty. Mamuniuuuu….toż to był koszmar. Pierwsza aplikacja trwała 2h – dwie długie, męczące godziny… Dokupiłam żel (w razie gdyby co) i chyba to najbardziej mnie spowolniło i utrudniło sprawę. Autentycznie miałam ochotę walnąć tym w kąt i zadzwonić do Agi, by przyjęła mnie z powrotem pod swe skrzydła :)

Nie ukrywam, że i Wy jakoś specjalnie nie pomagacie :P Bo niestety oglądając Wasze dzieła - totalnie popadam deprechę ;) Dżizys! Kiedy ja osiągnę taki poziom? 




Chyba dziś moja rozpacz osiągnęła apogeum ;) Po dwudniowym sprzątaniu - moje paznokcie wyglądały jakbym prowadziła prace archeologiczne gołymi rękoma! Obraz nędzy i rozpaczy ;)
Zasiadłam "do pracy" (i praktycznie od razu zatęskniłam za moją hybrydzistką :P ) i dłubałam, dłubałam ... żele, primery, bazy ...topy.. a nawet brokatowy pyłek (czyli coś, co sroki lubią najbardziej ;)) No i coś tam wymodziłam... lecz niestety.. Sam fakt, że nie wrzucam od razu na insta zdjęcia - świadczy chyba o tym, że jak na razie dumna z siebie nie jestem ;)




Ale ... już kilka rzeczy mogę powiedzieć. Po drodze gdzieś tam wygrałam w konkursie organizowanym przez drogerię kosmetykizameryki.pl zestaw startowy z Semilac`a. Marka wszystkim znana, choć jak się okazuje - wywołująca bardzo skrajne opinie. Z jednej strony ochy i achy, a z drugiej bardzo często słyszane historie o uczuleniu na "jakiś" składnik ich produktów.  




Chociaż jeśli chodzi o same hybrydy - to mając cztery kolory (!) nie mogę za wiele powiedzieć o kryciu... to już gdzieś po drodze wyrobiłam sobie opinię i BARDZO się cieszę, że mogłam przetestować zarówno sławną markę, nową markę, jak i hybrydę no name.. (kupioną na allegro). 

W zestawie z NEESS oprócz bazy i topu - był także primer - mam wrażenie, że dzięki niemu płytka lepiej chwytała całą resztę. Przyznam, że kombinowałam na różne sposoby - używałam hybrydy z semilac, na bazie i topie z neess i na odwrót.. Wiecie co mogę powiedzieć przede wszystkim?..., że nie widziałam jakiejś wielkiej różnicy! Może to dziwnie zabrzmi, ale zawsze co do nowości - jest się z automatu sceptycznym! Że to coś "słabszego", "gorszego" ....bo mniej znanego..  Na dzień dzisiejszy nie mogę tego powiedzieć. Co więcej - choć bardzo sceptycznie podeszłam do nakładania pastelowego fioletu marki neess (bo jakoś gryzł mi się z moją bladością rąk) - to postanowiłam użyć pełnego pakietu (primer, baza, top, hybryda) jednej firmy - żeby wyrobić sobie zdanie. I byłam bardzo zaskoczona - bo przez całe dwa tygodnie, nie miałam żadnej potrzeby "poprawy" któregoś z paznokci. Wszystko wytrzymało i .... nawet przy ściąganiu widziałam, że "dobrze trzyma" :P
I oczywiście - wiem, że jedna jaskółka wiosny nie czyni, ale prawda jest taka, że nie mam dużego doświadczenia w robieniu hybryd. I moje zdanie kreuję na podstawie tego, co udało mi się zaobserwować w tym krótkim czasie. 
Jeśli miałabym się już do czegoś przyczepić...to mam wrażenie, że top z neess - choć dobrze się trzyma - to mało błyszczy (niedosyt sroki, taka choroba :P :))))) Poza tym wszystko super, a wybór....takie przyprawia o zawrót głowy :D (można luknąć tutaj)



O lakierze, którego kupiłam na allegro za całe 7 zł - wolę nie pisać. Totalna katastrofa. Przepiękny kolor...i tylko tyle.. pływał po płytce niczym olej na wodzie.. KOSZMAR! 

No dobra... kończę mocnym postanowieniem, że powiększę swoją kolekcję kolorów hybryd - bo ze smutkiem patrzę na całą skrzynkę lakierów (zwykłych).. Taki miałam wybór.. a teraz jedno wielkie buuuu  :((( 




Trzymajcie proszę kciuki, abym wytrwała w tej mojej samodzielnej hybrydowej batalii - nie walnęła tym wszystkim w kąt...tylko szlifowała kunszt :P ;))))) No i może i ja się kiedyś pochwalę wzorkami, sweterkami i innymi ami ami :) 

PS. Wszelkie dobre rady mile widziane! :D <3


poniedziałek, 29 sierpnia 2016

MINI RECENZJA - CHUSTECZKI OCZYSZCZAJĄCE NIVEA CREAM CARE





Z reguły mam tak, że jak polubię jakiś produkt, to ciężko mi się przerzucić..
A właściwie….chyba z oszczędności (sama siebie zadziwiam, że mam skłonności oszczędnościowe haha) wzbraniam się przed kupnem „nieznanego” w obawie, że będzie to bubel, który rzucę w kąt. I nie żeby były to obawy z palca wyssane – mam wiele takich historii za sobą.. Szczególnie jeśli chodzi o produkty do włosów. W tej kwestii ciągle szukam i ciągle się mylę ;)

poniedziałek, 6 czerwca 2016

ST.TROPEZ BRONZING MOUSSE - toż to cudo! RECENZJA!


Kurcze, kurcze…ostatnio jest tyle rzeczy, o których chciałabym napisać. Siedzę i układam w myślach tony zdań...a zwyczajnie nie mam czasu/okazji by usiąść i wklepać je na klawiaturę..

Wspomagam się instagramem – bo tam szybko i na temat. Ale z drugiej strony to męczarnia! Ja – uwielbiająca dłuuuugie, rozwlekłe rozmowy – muszę się ograniczyć do kilku zdań. Toć to tortura!

środa, 17 lutego 2016

RECENZJA: LA PRAIRIE - KAWIOROWY PODKŁAD W KREMIE





Jak już pewnie wiecie nie należę do największych fanek recenzji kosmetycznych... Żaden ze mnie autorytet w tej kwestii.. Ale czasem są takie produkty, o których naprawdę warto napisać. Dziś podzielę się z Wami opinią o:

czwartek, 22 października 2015

MINI RECENZJA - KANEBO SENSAI - SPONGE CHIEF



Dawno nie było recenzji. Z tymi kosmetycznymi jest tak, że zawsze staram się, aby były one wyjątkowe. Mleczko czy płyn micelarny z Ziaji są super, ale kto ich nie zna? Kto nie ma już wyrobionego zdania?

środa, 15 kwietnia 2015

czwartek, 5 marca 2015

MINI RECENZJA - SOFT LIPS CUBE







Kto nie ma spierzchniętych i wysuszonych ust – ręka do góry!? Przypuszczam, że nie wiele osób z czystym sumieniem rękę by podniosło. 

sobota, 31 stycznia 2015

MINI RECENZJA z cyklu ODROBINĄ LUKSUSU ROZPIESZCZONA ;))))))))))))))))))))))


Dawno nie było żadnej recenzji.. może to dlatego, że nie kupowałam nic nowego ostatnio,   a może i dlatego, że ekspertką kosmetyczną nie jestem i moja opinia to raczej luźna ocena, a nie profesjonalna wypowiedź :)