Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspominam. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspominam. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 27 listopada 2016

czwartek, 6 października 2016

CUDZE CHWALICIE, SWEGO NIE ZNACIE - POLSKIE MORZE - CHŁAPOWO

 


Mój zapał do realizacji przyziemnych celów jest zdecydowanie NIE do naśladowania. Mamy koniec września – wprawdzie iście letniego września – ale jednak miesiąca jesiennego.. Zaraz po powrocie z wakacji miałam plan napisać posta – na gorąco, na już! Się planowało i się zesrało :P (jeju, ja to napisałam??!!) :P 

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

wtorek, 29 grudnia 2015

DUŻO KRZYKU O NIC, CZYLI ŚWIĘTA, ŚWIĘTA I PO ŚWIĘTACH...









Dosłownie. Ten okres TAK szybko mi minął, że pozostał jakiś niedosyt.. zatem postanowiłam przedłużyć „żywot” Bożego Narodzenia zostawiając tu notkę „ku potomności” ;) … i czytających przyjemności :)

piątek, 18 grudnia 2015

O CZYTANIU SŁÓW KILKA...






Ostatnio jedna z moich InstaZnajomych wrzuciła zdjęcie kilku książek… Między innymi „Zahir” Paulo Coehlo… Nie ukrywam, że odkąd tę książkę przeczytałam, to zawsze w rubryce „ulubiony cytat” wpisywałam:

Prawdziwi przyjaciele to Ci, którzy są przy Tobie, gdy dobrze Ci się wiedzie. Dopingują Cię, cieszą się z Twoich zwycięstw. Fałszywi przyjaciele, to Ci, którzy pojawiają się tylko w trudnych chwilach, ze smutną miną, niby solidarni, podczas gdy tak naprawdę Twoje cierpienie jest pociechą w ich nędznym życiu..”

:)

Choć twórczość Coehla wpadła mi w ręce dokładnie 12 lat temu, to cytat ten jest ponadczasowy i cóż… taki prawdziwy..
Ku mojemu zaskoczeniu, pod wspomnianym wcześniej zdjęciem pojawiło się kilka komentarzy, jakoby Paulo Coehlo to……..obciach! :) Nie ukrywam, że zaskoczyło mnie to bardzo i skłoniło do refleksji nad czytaniem właśnie… Bo wydawało mi się, że … obciachem jest NIE czytać 
w ogóle, albo czytać co najwyżej Harlequiny ;) :P

Ja się chyba jednak nie znam :D Co do czytania. Podobnie jak w przypadku muzyki lubię wszystko. A może inaczej. Lubię wiele, lubię różnorodność...lubię eksplorować gatunki :)

Na szczęście urodziłam się w czasach, kiedy bajka w tv była tylko raz dziennie, na dobranockę… A film, po dzienniku, był „nie dla dzieci” ;) 
Siedziałam zatem z nosem  w książkach.. I to od małego. Pamiętacie serię „Poczytaj mi Mamo, Poczytaj mi Tato”? Boziuuuu, czytałam to do znudzenia! Większość znałam na pamięć, a i tak wszędzie mi towarzyszyły te książeczki :)

Były też baśnie Andersena… Wydanie pisane czcionką TAK malutką, że trzeba było porządnego światła, żeby coś widzieć.. Ale uwielbiałam zanurzać się w ten magiczny świat.. Pamiętam też książkę „Pokój na poddaszu”, o biedzie, o świętach… bardzo mnie poruszyła ta cieniutka książeczka.. Teraz nie mogę odtworzyć każdego szczegółu, ale do dziś mam przed oczami ten pokoik..

Zastanawiam się ciągle czy w ogóle można powiedzieć, że czytanie czegoś jest obciachem. 
Ja tam się nie wstydzę. Każda książka to taki „test na żywo” - czytasz i albo jesteś zachwycona, albo chcesz szybko zapomnieć.. Tak czy owak, nabierasz doświadczenia, wyrabiasz swoje zdanie..

Wspomniane Harlequiny też mam na koncie (jako nastolatka marzyłam o wielkiej miłości ze śniadym JuanKarlosem hahaha).. Była i też „Saga ludzi lodu” w ilości tomów chyba 15 (jak nie więcej).. Cóż, w pierwszej pracy, jakoś trzeba było przetrwać nocne zmiany – i czytało się wszystko co kto zostawiał w naszej centrali ;) :D
Był etap horrorów, komedii romantycznych i dramatów. Jedyny gatunek jaki jakoś mnie nie „ciągnie” to fantastyka. Sapkowski nie jest dla mnie ;) Aaaa no i poradniki.. Zdecydowanie mnie nie porywają.. Szczególnie te „uczące życia” - w mojej ocenie - nie do przebrnięcia ;)))))

Jak już jesteśmy przy książkach. W jednej kwestii jestem trochę dziwna. Choć lubię czytanie i to w formie tradycyjnej (nie jestem posiadaczką czytnika i jakoś mi do niego nie spieszno), to nie zbieram książek. Po pierwsze nie mam na nie miejsca (tak się złożyło, że w moim domu regału brak), ale to akurat najmniej istotny powód. Już minęły czasy, kiedy książkę czytałam wielokrotnie. Literatura ma do zaoferowania tyle zarówno z przeszłości jak i na bieżąco, że naprawdę nie sposób stanąć przed dylematem „nie mam nic nowego do czytania”.. 
Tak śmiesznie do tego podchodzę, ale szkoda mi książki, jeśli miałaby się kurzyć na półce, wolę „podać dalej”.. Dlatego rzadko kupuję, częściej pożyczam.

Podsumowując…Naprawdę lubię czytać i trochę mi żal, że mój syn nie odziedziczył po mnie tej "sympatii" - On czytanie traktuje jak karę ;) Nie lubi. Wiem, że zmuszanie Go do tego, przynosi odwrotny skutek… W głębi duszy wierzę, że w końcu gdzieś tam „zaskoczy” i pozwoli książkom wygrać tą nierówną walkę z grami komputerowymi ;)


No! Tak sobie pisemnie podumałam nad książkową sympatią ;) Przy okazji zrobiłam rachunek sumienia (ojjjj) i stwierdziłam, że dawno nic nie przeczytałam… Rózga się należy ;)
Chętnie wysłucham Waszych rad, poleceń… Co fajnego teraz czytacie?

czwartek, 19 lutego 2015

SZLACHETNE ZDROWIE....




Musiałam, po prostu musiałam napisać tego posta…  Ogólnie nie mam zwyczaju mówić o sprawach tak pesymistycznych jak choroby – sami wiecie, mimo, że mi towarzyszą od zawsze – nie są pępkiem mojego wszechświata :)

czwartek, 15 stycznia 2015

CO MNIE PODKUSIŁO - CZYLI WSPOMNIENIA NIE GODNE SIĘ CHWALENIA ;)



Śledzący mnie na Instagramie, już wiedzą, że wczoraj farbowałam włosy :) (swoją drogą, nie ma innego bardziej "na bieżąco" miejsca, niż insta) 
Cóż to za ważne wydarzenie? Dla blondynki? No tak, co trzy tygodnie odrościki już grożą paluszkiem i trza chwytać za pędzel ;) Chleb codzienny blondyny ;) Nie narzekam. Lubię. :) 

Odkąd pamiętam farbuję włosy Garnier`em... I to koniecznie tym, z zielonej serii (przy użyciu nowej serii, głowa mnie TAK swędzi, że nie jestem w stanie tego wytrzymać).. I zawsze był to nr 113.
Kolor był piękny słoneczny... Często ktoś mnie zaczepiał i pytał czym koloryzuję włosy :) 

No ale... długotrwałe stosowanie tej farby skutkowało, że niektóre pasma....były platynowo-białe.     A że do najbardziej "opalonych" nie należę (tym bardziej zimą) - to stwierdziłam - basta! :D

Zaryzykowałam. Też Garnier, tyle, że nr 10 - z duszą na ramieniu zmywałam farbę... i uffffff... Jest ok, bardzo mi się podoba. Włosy nadal jasne, ale odcień bardziej naturalny...ciepły..

Po co to Wam piszę? Aaa bo przy tej okazji przypomniała mi się sytuacja sprzed roku ;) Wtedy, umierałam z przerażenia - dziś - zdystansowana - śmieję się sama z siebie... I tak może ku przestrodze, trochę, żeby się pośmiać przybliżę Wam moje wspomnienie tego czarnego piątku ;))))

Uwaga! Z góry zaznaczam, że zdjęcia są lekko... drastyczne ;)))))))))))))


Co mnie podkusiło... 

Dnia pewnego postanowiłam odmienić swój ulubiony blond :D Trochę zachowawczo wybrałam także swój sprawdzony Garnier... tym razem Nutrisse Creme.. odcień 111+ :D  Chciałam uzyskać trochę jaśniejszy kolor na lato... ot odświeżyć.. Efekt? Na zdjęciu poniżej... 




Ta-dam!!! Poznajcie Olę 40 lat później :D A może i 50! :P :P :P  hahahaha 
Możecie sobie tylko wyobrazić moje przerażenie... Wyglądałam jak Dumbledore z Harrego Pottera :) Koszmar... Ale to był tylko początek.. 
Biegiem ruszyłam do najbliższego sklepu... W którym z blondów był tylko Syoss kolor 9-5 Mroźny Blond... (gdzie ja miałam głowę? kolejny zimny, biały kolor... !!).
Cóż. Moja przyjaciółka nałożyła farbę ... czekam, czekam... jedyny efekt.. - końcówki włosów zrobiły się ZIELONE! :) Reszta bez zmian (na zdjęcie nie miałam już nerwów) ;))))))

Cóż - po konsultacji telefonicznej z koleżanką fryzjerką ustaliłam, że włosy trzeba przyciemnić. Znacznie. 
Umówiłam się na dzień następny, pojechałam do Auchan po farbę (ile bym wtedy dała za czapkę!!)   i miałam czekać.. 

Hmm... no ale jak to bywa w takich historiach - cierpliwości ci u mnie był zanik totalny... Wysznupałam połówkę mojej ulubionej farby i...sama z samego rana sobie nałożyłam.. W końcu to "mój" kolor. Co się może stać... Ano... Chyba nie uważałam na plastyce w szkole... Zielony (a taki miały odcień moje włosy) plus blond (żółty) daje... ? Bingo! Niebieski.
Poniżej foto dla ludzi o mocnych nerwach ;)))))))))))))




Yyyy, chyba nie muszę komentować... O ja głupia! O ja głupia!... :)))))))))))) 
Tym razem poczekałam na mojego zbawcę - koleżankę fryzjerkę, która uratowała mnie z opresji...   Z tym, że... znana Wam blondynka - przestała być blondynką... ;))))))))))


Tak oto - w dwa dni, zaaplikowałam sobie cztery farby :) Cud, że włosy zostały na swoim miejscu. Słyszałam różne opinie - wiele z nich było takich - że brąz też mi pasuje... Ale... z ciemnymi włosami czułam się ... smutno ;) Dziwne, nie? Ale prawdziwe.. Wstawałam rano i widziałam ciemną plamę - zamiast słoneczka ;)))) 

Stopniowo, sukcesywnie, za pomocą cieniutkich pasemek wracałam do mojego ukochanego blondu.. Kolor włosów może być ukochany? Może. Jeśli powoduje, że czuje się dobrze patrząc w lustro - to tak! :) 

Przez całe te dramatyczne dwa dni (każda kobieta mnie rozumie - włosy to podstawa!), w głowie dźwięczało mi w kółko "co mnie podkusiło, co mnie podkusiło!?" 

Teraz już wiecie dlaczego zmiana odcienia farby, to dla mnie tak wielkie "halo!" :) 
Bo.....różnie może się skończyć ;)))


Trzymajcie się :)