Pokazywanie postów oznaczonych etykietą codziennosc. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą codziennosc. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 23 kwietnia 2018
czwartek, 14 grudnia 2017
BEZ MIĘSA DA SIĘ ŻYĆ, CZYLI O MIESIĘCZNYM DETOKSIE
Dieta bezmięsna –
dzień 30.
Czyli mamy….
Miesięcznicę :D Yay!!
Może przy okazji…
„okazji”, warto wreszcie napisać coś nie coś na temat tejże
mojej przemiany. No właśnie. Żadna to przemiana..
Co jakiś czas -
zakładam, że z racji wieku :D mój organizm pokazuje mi fakolca :D
(czyt. środkowy palec), jest bunt niczym u nastolatka i tym samym
zaczynam czuć się jak kupa. Czyli generalnie źle. Żadna to nowość
czy sensacyjne odkrycie, że akurat leki czy suplementy nie zrobią
tyle dobrego co dieta. Bo ponoć..jesteśmy tym co jemy (ho ho ..
amatorzy wieprzowiny – shame on you ;)))))
Przyznaję, że
bardzo wpłynął na moją decyzję dokument „What the health” …-
po jego obejrzeniu – ochota na mięsne przysmaki przeszła sama. I
żeby była jasność. Nie pokusiłabym się o nazwanie siebie
wegetarianką. Głównie dlatego, że uważam, iż wegetarianie
kierują się innymi pobudkami – miłością do zwierząt etc..
Stoi za tym jakaś ideologia. Ja mimo niewątpliwego świra na
punkcie zwierzaków – kierowałam się głównie zdrowiem. Taka
prawda.
Założeniem detoksu
– jako całości, było odstawienie mięsa, wszystkich produktów
odzwierzęcych (cały nabiał – jaja, mleko, sery itd.) a także
ryb. Moja wersja jest okrojona. Ryby od czasu do czasu jem, a nabiał
…. BARDZO wybiórczo, ale to już nie z racji założeń odgórnych
tylko zwyczajnie z „długich zębów na mleko” ;)))
Prawdę mówiąc –
byłam konsekwentna, wytrzymałam planowany miesiąc i jutro, bez
wyrzutów sumienia mogłabym wciągnąć soczystego kotleta :D Ale
nie. Zdecydowanie to nie nastąpi. Kompletnie nie wiem dlaczego, ale
zupełnie nie brakuje mi mięsa. ZUPEŁNIE. Może trochę mi brak
mojej ulubionej krakowskiej suchej na chlebku :P Ale to tyle..
Wczoraj rozmawiałam
z mężem – który z własnej nieprzymuszonej woli też postanowił
zrobić sobie taki „detoks” - i oboje stwierdziliśmy, że
jakiejś spektakularnej poprawy samopoczucia, po tym miesiącu nie
odczuliśmy. Może to za krótko, może po prostu tego nie da się
„poczuć”. Ale taka jest prawda i nie zamierzam … koloryzować.
Co dalej? Ano
stwierdziliśmy, że nadal trzymamy się wersji, że „mięso jest
be”, ale już bez sytuacji, że jedziemy na obiad do babci i
odkładamy mięso na bok. Po prost CZASEM, dla dobra sprawy, na
poczet okoliczności damy sobie zielone światło. Takie jest
założenie, a jak wyjdzie – czas pokaże. Dalej podtrzymuję
zdanie, że nie mam zamiaru terroryzować innych, a tym bardziej
siebie. Nic na siłę, jedno mamy życie :D
Jakie są moje
wnioski BTW bezmięsnego detoksu? Ano:
- Tofu mi NIE
smakuje. Ani zwykłe, ani wędzone. Smak smakiem, ale ta konsystencja
gąbki yyyyghh nie nie i jeszcze raz nie :)
- Nieodzowny problem
każdej gospodyni domowej „co zrobić na obiad” osiąga level
hard – dodając „co zrobić na obiad, WYKLUCZAJĄC mięso”
Istny dramat. Mózg paruje – tym bardziej, że ja lubię
urozmaicenie.. A tu ciągle kasza z warzywami, ryż z warzywami,
makaron z warzywami.. heeelp!
- Mimo, że byłam
sceptyczna – stwierdzam, że zupy na samym wywarze warzywnym są
równie smaczne jak te na rosole. Pokusiłabym się o stwierdzenie,
że nawet lepsze..
- Wniosek
zasadniczy. Argument wegetarian, że dieta bezmięsna nie jest droga…
o ho ho .. mocno naciągany. Zakładając, że dotyczy osoby
pracującej (która nie ma czasu na samodzielne robienie past
warzywnych, pasztetów etc) to niestety trzeba wydać sporo. Maleńki
pasztet z fasoli – 7 zeta, mleko (nie od krowy ;)) od 10zł wzwyż..
CZTERY parówki sojowe – 6zł .. to takie przykłady powiedziałabym
… podstawowe. Robiąc zakupy dla trzech osób, w tym mężczyzny i
nastolatka.. to naprawdę duży wydatek. Pomijając nawet fakt, że
kupując dużo warzyw – nie dość, że wyda się sporo kasy, to
albo będziemy w sklepie częściej, albo połowę ich wyrzucimy. Bo
wszystko się tak szybko psuje :(
Chyba tyle. Nie
„przygotowywałam” tego wpisu. Jest raczej spontaniczny. Pewnie
za chwil parę, już po jego udostępnieniu przypomną mi się
kolejne wnioski i uwagi… Ale najlepiej i najszczerzej wypadają
posty, które nie są w ogóle poprawiane/edytowane.
piątek, 10 czerwca 2016
poniedziałek, 11 kwietnia 2016
DOBRE ZMIANY, CZY UBEZWŁASNOWOLNIENIE - MOJE SPOJRZENIE NA TRUDNY TEMAT
Etykiety:
aborcja,
codziennosc,
dylematy,
dyskusja,
dziecko,
kobieta,
moim zdaniem,
moje życie,
o mnie,
podsumowanie,
polityka,
popieramdziewuchy,
rodzice,
rodzicielstwo,
rodzina,
smutek,
styl życia,
true life,
zdrowie
środa, 6 stycznia 2016
CZAS NAJWYŻSZY 2015 PODSUMOWAĆ....
Jako, że pojawiło się podsumowanie Świąt – to wielkim niedociągnięciem byłoby gdybym nie pokusiła się o podsumowanie CAŁEGO roku 2015..
Etykiety:
codziennosc,
friends,
lady disabled,
ladyd,
lifestyle,
moim zdaniem,
moje życie,
niepełnosprawność,
nowy rok,
o mnie,
podsumowanie,
rodzicielstwo,
rodzina,
styl życia,
sweetcheekalexa,
true life,
wspominam
poniedziałek, 7 grudnia 2015
DYLEMATY MAMY I TATY - CZYLI JAK W (DZISIEJSZEJ) SZKOLE (PRZE)ŻYĆ...
Ostatnio
wrzuciłam screen mojej „zgody”…. Wrzuciłam na FB oraz
Instagram.. Przyznam szczerze, że był to impuls… Sama byłam TAK
zaskoczona i w zasadzie rozbawiona absurdem sytuacji – że musiałam
się z Wami podzielić…
niedziela, 23 sierpnia 2015
sobota, 8 sierpnia 2015
sobota, 25 lipca 2015
SŁÓW KILKA WRÓBLA ĆWIRKA :)
Hey There! :)
Ah, jak mi wstyd... Blog tenże mój jest istnym wyrzutem sumienia... Biedny, zaniedbany
i opuszczony... Przyznaję, nie postarałam się - biję się w pierś i biorę do roboty :)
piątek, 8 maja 2015
WYDARZENIE: ŚLĄSKA GALA LADY D. 2015
Śledzący mnie na Instagramie wiedzą,
że ostatnio miałam okazję uczestniczyć w Śląskiej Edycji
Konkursu Lady D....
Etykiety:
choroba,
codziennosc,
dzieje się,
gala,
impreza,
lady disabled,
ladyd,
lifestyle,
moje życie,
niepełnosprawność,
o mnie,
skolioza,
styl życia,
śląska,
true life,
wspominam
niedziela, 3 maja 2015
WIELKIEJ SŁAWIE MÓWIĘ STANOWCZE - NIE! ;) ;)
Tak mnie natchnęło na ten dziwny
temat. Od razu spieszę wyjaśnić, że w tym przypadku mam na myśli
sławę w kontekście wirtualnej rzeczywistości.. Czym jest zatem
sława w internecie?
środa, 22 kwietnia 2015
poniedziałek, 6 kwietnia 2015
piątek, 6 marca 2015
środa, 25 lutego 2015
E-ZAKUPY TESCO - MÓJ PIERWSZY RAZ, MOJE WRAŻENIA
Postanowiłam napisać szybkiego posta
na temat nowego rozwiązania jaki odkryłam – zakupy spożywcze w
sklepie Tesco – z dostawą do domu :)
sobota, 21 lutego 2015
czwartek, 19 lutego 2015
SZLACHETNE ZDROWIE....
Musiałam, po prostu musiałam napisać tego posta… Ogólnie nie mam zwyczaju mówić o sprawach tak
pesymistycznych jak choroby – sami wiecie, mimo, że mi towarzyszą od zawsze –
nie są pępkiem mojego wszechświata :)
czwartek, 12 lutego 2015
HEALTHY FOOD - ZMARTWIEŃ W BRÓD :P
Przy okazji dnia, w którym tony
kalorii należy pochłaniać wręcz obowiązkowo – chciałam
podzielić się z Wami swoją refleksją na temat jedzenia właśnie...
Przyznam, że od dawna o tym myślę i
zastanawiam się – gdzie są granice „mody”.. Bo jak wiadomo –
ostatnim krzykiem mody jest HEALTHY FOOD :)
I tak jak uważam, że wszyscy mają do
tego prawo – tak do szewskiej pasji doprowadza mnie ta chorobliwie
„zdrowa” nagonka...
Szczególnie zauważalne jest to u
Instagramowiczek – fajnie dziewczyny, „zdrowo”
wyglądające...oklaskiwane po dodaniu zdjęcia sałatki... Ale –
nie daj boże – pojawia się zdjęcie frytek czy (olaboga) coli...
Zaraz jak grzyby po deszczu pojawiają się komentarze w stylu „ooooh
sam cukier”, „sam tłuszcz”, „wiesz z czego Mc robi te
frytki?”....
Rozumiem, że osoby z nadwagą muszą
uważać na to co i ile jedzą.. Ale czy wszyscy musimy ulegać temu
trendowi? Czy serio powinnam mieć poczucie winy, bo miałam totalną
ochotę na kebaba i......sobie nie odmówiłam... A niech będzie, że
mięso jest z „bógwieczego” - trudno..
Kluczem do sukcesu – jest
wg mnie – umiar. Wszystko można – byle z głową. Oczywiście
picie (tej przykładowej) coli w ilości puszka dziennie –
doprowadzi do samych szkód.. Fast foody na co dzień to też raczej
ryzykowny wybór.. Ale proszę! Nie dajmy się zwariować :)
Mam taką teorię, że życie
mamy tylko jedno.. Nie będzie powtórki (podobno ;) :P) i jeśli
będziemy sobie przez nie całe wszystkiego odmawiać (w imię
zdrowego trybu życia) to gdzie tu miejsce na przyjemności, na
radość... ? Mam dziwne wrażenie, że osoby, które przyjęły ten
„trend” za wiodący są permanentnie .. zestresowane!
Ciągła presja, ciągłe
odmawianie sobie, poczucie winy... Przenosi się to na inne
dziedziny życia, podobnie jest w przypadku kosmetyków – ja
wchodzę do Rossmana – i wącham żele pod prysznic w poszukiwaniu
rozkoszy ;)))) A ta „zdrowsza” część kobiet, stoi pół
godziny i nerwowo czyta etykietkę w poszukiwaniu parafiny, parabenów
czy innych enów :P :P (oczywiście wystrzegając się ich okrutnie)
Wiecie co, chyba nigdy taka
nie będę... Z przyjemnością jem sałatkę z łososiem, chleb
orkiszowy i wiele innych produktów uznanych za „zdrowe”, ale
jeśli przyjdzie mi ochota na pizzę, frytki, chipsy czy ….golonkę
;)) to też zjem.. „Szejki”, smoothie... wygląda bosko i wiem,
wiem, że są bardzo zdrowe, pełne witamin... ale cóż – nie
lubię płynów, które są...gęste :D Taka fobia ;) :P Nooo jedyny
wyjątek (nie krzyczcie!) to shake waniliowy w McDonald`s ;)) hihihi
Chcę jeść świadomie –
ale też chcę żyć i cieszyć się z przyjemności jedzenia ;)))
Oczywiście wszyscy Ci,
którzy zdrowy tryb życia praktykują... mają do tego pełne prawo,
nie neguję tego i nie potępiam (nawet trochę podziwiam, że im się
chce hihi)
Szkoda tylko, że „normalne”
czasem „grzeszne” ;))) jedzenie jest tak źle przyjmowane i
krytykowane.. Dajmy sobie wolną przestrzeń i trochę tolerancji...
i cieszmy się życiem, chociażby znad wielkiego pucharku
(pucharka?) lodów z górą bitej śmietany ;) Amen ;)
czwartek, 15 stycznia 2015
CO MNIE PODKUSIŁO - CZYLI WSPOMNIENIA NIE GODNE SIĘ CHWALENIA ;)
Śledzący mnie na Instagramie, już wiedzą, że wczoraj farbowałam włosy :) (swoją drogą, nie ma innego bardziej "na bieżąco" miejsca, niż insta)
Cóż to za ważne wydarzenie? Dla blondynki? No tak, co trzy tygodnie odrościki już grożą paluszkiem i trza chwytać za pędzel ;) Chleb codzienny blondyny ;) Nie narzekam. Lubię. :)
Odkąd pamiętam farbuję włosy Garnier`em... I to koniecznie tym, z zielonej serii (przy użyciu nowej serii, głowa mnie TAK swędzi, że nie jestem w stanie tego wytrzymać).. I zawsze był to nr 113.
Kolor był piękny słoneczny... Często ktoś mnie zaczepiał i pytał czym koloryzuję włosy :)
No ale... długotrwałe stosowanie tej farby skutkowało, że niektóre pasma....były platynowo-białe. A że do najbardziej "opalonych" nie należę (tym bardziej zimą) - to stwierdziłam - basta! :D
Zaryzykowałam. Też Garnier, tyle, że nr 10 - z duszą na ramieniu zmywałam farbę... i uffffff... Jest ok, bardzo mi się podoba. Włosy nadal jasne, ale odcień bardziej naturalny...ciepły..
Po co to Wam piszę? Aaa bo przy tej okazji przypomniała mi się sytuacja sprzed roku ;) Wtedy, umierałam z przerażenia - dziś - zdystansowana - śmieję się sama z siebie... I tak może ku przestrodze, trochę, żeby się pośmiać przybliżę Wam moje wspomnienie tego czarnego piątku ;))))
Uwaga! Z góry zaznaczam, że zdjęcia są lekko... drastyczne ;)))))))))))))
Co mnie podkusiło...
Dnia pewnego postanowiłam odmienić swój ulubiony blond :D Trochę zachowawczo wybrałam także swój sprawdzony Garnier... tym razem Nutrisse Creme.. odcień 111+ :D Chciałam uzyskać trochę jaśniejszy kolor na lato... ot odświeżyć.. Efekt? Na zdjęciu poniżej...
Ta-dam!!! Poznajcie Olę 40 lat później :D A może i 50! :P :P :P hahahaha
Możecie sobie tylko wyobrazić moje przerażenie... Wyglądałam jak Dumbledore z Harrego Pottera :) Koszmar... Ale to był tylko początek..
Biegiem ruszyłam do najbliższego sklepu... W którym z blondów był tylko Syoss kolor 9-5 Mroźny Blond... (gdzie ja miałam głowę? kolejny zimny, biały kolor... !!).
Cóż. Moja przyjaciółka nałożyła farbę ... czekam, czekam... jedyny efekt.. - końcówki włosów zrobiły się ZIELONE! :) Reszta bez zmian (na zdjęcie nie miałam już nerwów) ;))))))
Cóż - po konsultacji telefonicznej z koleżanką fryzjerką ustaliłam, że włosy trzeba przyciemnić. Znacznie.
Umówiłam się na dzień następny, pojechałam do Auchan po farbę (ile bym wtedy dała za czapkę!!) i miałam czekać..
Hmm... no ale jak to bywa w takich historiach - cierpliwości ci u mnie był zanik totalny... Wysznupałam połówkę mojej ulubionej farby i...sama z samego rana sobie nałożyłam.. W końcu to "mój" kolor. Co się może stać... Ano... Chyba nie uważałam na plastyce w szkole... Zielony (a taki miały odcień moje włosy) plus blond (żółty) daje... ? Bingo! Niebieski.
Poniżej foto dla ludzi o mocnych nerwach ;)))))))))))))
Yyyy, chyba nie muszę komentować... O ja głupia! O ja głupia!... :))))))))))))
Tym razem poczekałam na mojego zbawcę - koleżankę fryzjerkę, która uratowała mnie z opresji... Z tym, że... znana Wam blondynka - przestała być blondynką... ;))))))))))
Tak oto - w dwa dni, zaaplikowałam sobie cztery farby :) Cud, że włosy zostały na swoim miejscu. Słyszałam różne opinie - wiele z nich było takich - że brąz też mi pasuje... Ale... z ciemnymi włosami czułam się ... smutno ;) Dziwne, nie? Ale prawdziwe.. Wstawałam rano i widziałam ciemną plamę - zamiast słoneczka ;))))
Stopniowo, sukcesywnie, za pomocą cieniutkich pasemek wracałam do mojego ukochanego blondu.. Kolor włosów może być ukochany? Może. Jeśli powoduje, że czuje się dobrze patrząc w lustro - to tak! :)
Przez całe te dramatyczne dwa dni (każda kobieta mnie rozumie - włosy to podstawa!), w głowie dźwięczało mi w kółko "co mnie podkusiło, co mnie podkusiło!?"
Teraz już wiecie dlaczego zmiana odcienia farby, to dla mnie tak wielkie "halo!" :)
Bo.....różnie może się skończyć ;)))
Trzymajcie się :)
LISTOPADOWA ZIMA W RYZACH NAS TRZYMA ;)
Mamy zimę. Podobno. Nie wiem jak u
Was, ale Katowicka zima, to raczej niekończący się listopad. Pada,
w powietrzu czuć zimną wilgoć, a wiatr szaleje na całego...
Najchętniej okres ten bym przespała.
Najchętniej w ciepłym kocyku, na miekkiej podusi ;))
Dla osoby uzależnionej od dobrego
nastroju – to czas wyjątkowo ciężki. Nie chce mi się nic.
Zakupy specjalnie mnie nie cieszą (no dobra, gruby swetr za 49,99
to
może i jest odrobina radości ;)), nie chce mi się długo
zastanawiać co na siebie wkładam. Byle ciepłe i wygodne! Po co się
produkować, skoro i tak na wszystko nakładam kurtkę (grubą i
brzydką – liczyłam, że uda mi się upolować coś fajnego w tym
roku, ale ni hu hu).. Swoją drogą kupowanie kurtki przy takiej
skoliozie jaką ja mam - ojjj to wyzwanie! ;) Każdy „grubszy” i
sztywniejszy ciuch (typu kurtka, płaszcz, żakiet) to istna
porażka.
Na wieszaku – owszem – cud, miód i orzeszki :D Ale jak już na
siebie wciągnę – ha! Ubranie żyje swoim życiem, a moja sylwetka
swoim :D Komediodramat.
Nie wspominając o „długościach”..
Płaszcz do kolan, kończy mi się w połowie łydki :)) A „pasek”
wypada w połowie tyłka :))) haha - może Was to dziwi, że się z
tego śmieję, ale serio – od lat tak jest, już się
przyzwyczaiłam, nie spędza mi to snu z powiek. Ale czasem nerwy
mam
i po prostu odpuszczam. Stąd trzeci rok z rzędu jedna kurtka.
Upolowana w Berhska, pasowała, nie wyglądam jak bałwanek Bulii,
więc nie było się nad czym zastanawiać ;)
Byle do wiosny... i ukochanego lata!
<3
Zimowe buty to też zawsze nie lada
problem. Dzięki Ci Losie, za modę na botki! Wreszcie mam „jakiś”
wybór :) I tu nawet nie chodzi o moje małe 35 ;), raczej o to, że
w każdym kozaku wyglądam jakbym kij do wiadra włożyła... Czy
naprawdę nie można zrobić trochę węższej cholewki? Dla
chudopatyczaków. :D Ja nie wiem, dyskryminacja siakaś ;) :P :P
Z „cudowną” aurą za oknem kojarzy
się też „ukochane” noszenie czapek! Wrrr, jak ja tego nie
cierpię! Ciepło w główkę i uszka – no pięknie, pięknie –
marznąć nie lubię, ale moment ściągnięcia nakrycia głowy i te
naelektryzowane i pogniecione włosiska! Masakra. Też tak macie?
Czy
tylko moje „suszki, plątuszki” tak reagują? Nawet Tangle Tezzer woła o pomstę do nieba! ;) Błagam –
pocieszcie mnie i powiedzcie, że nie jestem sama :)
No! To sobie ponarzekałam, mam nadzieję, że nikogo nie zdołowałam :)
Czekam z utęsknieniem na słoneczko i "lżejsze" ubrania... Pozdrówka dla Was :D
Subskrybuj:
Posty (Atom)














